Porzucanie

„Muszę w końcu zrozumieć, że mnie nie chcesz….” – To tak naprawdę znaczy: muszę w końcu przestać załatwiać sobie to tobą. Bo kto nie chce? Kto nie chciał cię przyjąć? Zobaczyć? Kochać?

Słuchałam dziś wykładu, którego link w komentarzu. Jest tam między innymi o tym, że często jesteśmy z kimś bo boimy się, że ten ktoś odejdzie, a nie dlatego, że chcemy z tą osobą być. Kiedy ta iluzja puszcza, często okazuje się jak bardzo ważna jest ta osoba jako Osoba, a nie substytut czegoś lub kogoś.

Później na spacerze przypomniałam sobie taką scenę; siedzę na podłodze i łapię tatę za nogę. Żeby nie szedł. Żeby mnie nie zostawiał. Byłam czystą rozpaczą i nie wiem czy miałam chociaż rok…

Lęk przed porzuceniem jest u mnie pierwotny. Pierwszy raz zrobiła to mama, gdy miałam kilkanaście dni, zachorowałam i pogotowie zabrało mnie do szpitala. Tam spędziłam pięć tygodni, bo w międzyczasie dostałam biegunki. To były czasy gdy rodzic mógł odwiedzić dziecko i to na chwilę, ale nie mógł z nim być. Dzieci pakowane były w jednakowe beciki i leżały jak ponumerowane lalki (swoją drogą nigdy nie lubiłam lalek). A ja dopiero co pojawiłam się na świecie. W końcu mama mnie zabrała, jakaś mądra lekarka prywatnie doradziła jej by to zrobić. Wyleczyła mnie potem w domu. Potem już każde odejście, choćby na chwilę, było porzuceniem. Chyba nie ufałam już potem mojej mamie i zawierzyłam ojcu, który po prostu był ojcem, ale nie był mamą. Dużo pracował i często mnie porzucał. Na kilka minut, czy godzin, to nie miało znaczenia.

A potem każdy wyjazd, każdą rozłąkę z ludźmi czułam tak samo, mimo, że ona wcale nie była o tym… Po prostu konferencja, osobne mieszkanie, praca za granicą, albo wyjście z kumplami. Porzucenie – wewnętrzna dezintegracja.

Załatwiamy sobie innymi ludźmi i naszymi relacjami „bliskimi” mnóstwo rzeczy. Boimy się po prostu przeżyć żałobę. Bo to oznacza cierpienie. Potem jednak pojawia się ulga, a później przychodzi nowe …

Dziękuję dziś za każdy wgląd jaki do mnie przychodzi. Za to, że daję sobie prawo do bycia byle jaką, złą i smutną. Za to, że pozwalam sobie mieć (siebie też) dość i czuć się zmęczoną. Dziękuję mojemu Ego za strażnikowanie – możesz już odpocząć. I każdej z moich Person za podtrzymywanie mojego istnienia – zrobiłyście to bardzo dobrze i widzę Was.
Czas aby pozwolić przejawić się Jaźni. Boskiej iskrze. Duszy. Źródłu.


Z Miłością.


Abigail.


Ps. A jeśli chcesz, abym pomogła ci przejść ten proces to napisz. Razem jest raźniej.

Facebook
Twitter
LinkedIn

MOŻE CI SIĘ SPODOBAĆ RÓWNIEŻ